Złudzenia...Ja to lubię. Te kłamstwa, ciche. Niemal nie wyszeptane, niemal nie wypowiedziane. Gdy nagle jestem w zadymionym pomieszczeniu pełnym luster i mętnych świateł. A świat nie jest już tak idealny, nie jest taki cholernie olśniewający normalnością, wyjaśnieniem. Nieoczywistości łaszą się pod nogami, wymownie patrzą na moje rozmyte oblicze. Choćbym chciał, nie spytam się, bo tu nawet pytania nie da się skonstruować w żaden możliwy, logiczny sposób, nie...Chyba śnię...może nie...To i tak nieistotne. Nieważne. Liczy się tylko tu i teraz...gdziekolwiek...kiedykolwiek by to nie było. Nieskończenie długa chwila, spalony pamiętnik emocji. Fatamorgana prawdziwsza od tego całego, codziennego gówna sączacego się z ekranów czy monitorów... Gdy widzę Muzykę, gdy trzymam na dłoni światło jak motyla...To jest jak galaktyka w oczach, kurwa, ile tu gwiazd...Nic, tylko oślepnąć, dać się prowadzić za rękę kuszącej nicości...Mienię się całym spektrum kolorów, półprzeźroczysty, przeszywany meteorami. To takie dziwne uczucie mieć w ustach początek Wszechświata. Odbieram podprogowy, niewerbalny przekaz, tak zajebiście szlachetny, że aż nieludzki...Czegoś tak doskonałego nie mógł stworzyć człowiek ani tymbardziej Bóg...Nie jestem w stanie tego objąć...objąć myślami, zmysłami. Więc wtapiam się, zanurzam. W to kłamstwo, cudowne kłamstwo...W ten ocean samozaprzeczeń, chaotycznych tworzeń, nieuporządkowanych nieumień...Chciałbym powiedzieć, że już dość, że ja wysiadam, ale nie mogę, nie chcę. Zbyt wiele tu tych złudzeń, zbyt są rozgwieżdżone. Hipnotyzują i uwodzą zwiewnymi iluzjami. Śmieją się, ach, jak słodko się śmieją...Groteskowe paradoksy pełne paranoji i euforii, pełne nie-życia i nieistnienia. Urojone poematy wydrapane pazurami na ścianie, na ścianie gwiazd...W zadymionym pomieszczeniu, pełnym luster i mętnych świateł. Ponad światem, tuż obok ostatniego słowa, ale przed kropką kończącą zdanie. Ostatni krzyk liter tuż przed zamknięciem książki. Kiedy ironia po raz kolejny zgarnia całą pulę. A ja znowu zostaję sam, granatowiejąc nocnym, polarnym niebem z rzadka tylko rozświetlanym zorzami...Zamykam oczy, galaktyka odchodzi mile łechcąc błękitnym, neonowym wspomnieniem, warkoczami komet. Ja...uwielbiam to złudzenie, to... ponadludzkie światłowstąpienie...
http://www.youtube.com/watch?v=a7rQodEapqg Future Sound Of London - Yage
W powietrzu zawisła niewiedza. Czarna sadza ląduje na mych powiekach. Deszcz czarnych kotów spływa wprost w moje oczy. Chcą bym kocio się przemoczył. Bym znów musiał wyciskać moje stare, zatęchłe ubranie z tych cholernych czarnych diabłów o boskich oczach.
Tak, nie lubię ich, co więcej, one nie lubią mnie. Nie lubią siebie nawzajem. Te...kocio nielubienie przybiera różne formy i style, od drapania, po docinki, wredne kpiny, głupie minki...Jeden taki, kocio niereformowalny, złośliwy niczym kanapka co zawsze spada masłem do dołu, siedzi teraz za moim uchem, siedzi i się cieszy, nie daje w żaden sposób się usunąć. I szepcze. Wprowadza dziwaczną kocio atmosferę w mej głowie, w mym słowie. Potem bredzę jak potłuczony, że mam trzy żony, że rybak ze mnie zapalony...Boże, przecież ja nie znoszę ryb! A w kieszeni mam jeszcze kolejnego, drania, czarnego jak od lat nieodwiedzane wnętrze mej piwnicy. Przez niego zawsze wyjmę zły bilet do kontroli w autobusie...Zawsze wtedy jestem kocio zirytowany. Zamiatam ogonem podłogę, strzygę uszami niemal warcząc ze złości na te zawiłości kocio złośliwostek, futrem podszytych ironicznych mych błahostek. I nigdy nie trafiam szóstki w totka, ba, nawet trójki. A to przez kolejnego...kotka, co się bawi nićmi szczęscia, nićmi kocio losu, rwąc je raz za razem. A ja nic mu zrobić nie mogę, bo on wtapia się w podłogę i sadzi do mnie durne miny, i grymasy. Co za czasy...I zwyczaje. Ledwo..kocio rano wstaję, kota mam na swych powiekach, ja się śpieszę, a on zwleka, dla zabawy, nawet kawy... mi nie zrobi...Cóż za bezeceństwo, brak kultury, granda!
I tak całymi dniami muszę się użerać, walczyć, prosić, grozić...A to ukradną mi po złości, jaką myśl, niekoniecznie o...Miłości, zabiorą wspomnienie, podrapią zapach, powiedzmy - jaśminu. Zaiste koty to złośliwego...kocio czynu. Za dużo czasu mają te lenie, zbyt we mnie wrośnięte jest to kocie plemię...abym mógł to wykorzenić, te wszystkie ich słabostki...Polubiłem to z czasem...te wszystkie wady bez mgnienia żenady. To blaski mej Duszy rzucają cienie, w których się gnieździ owo kocie plemię, rozwydrzone, ale...i udomowione. Nawet Sobie nie wyobrażasz jaka to syzyfowa praca, ogarnąć wszystkie kocio psoty tej czarnej kocio hołoty...
Tym niemniej, gdy zachodzi słońce, a w ciągu dnia nastepuje ten jeden, cudowny moment kiedy ustaje wiatr, kiedy staje powietrze a życie... daje bezcenną chwile wytchnienia...Wtedy ja, kocio już zmęczony, siadam na parapecie razem z moją kocio kawą, z umysłem niezmąconym żadną, durną kocio sprawą...I razem z moim stadem czarnych, obłędnie wprost złośliwych i cudacznych belzebubów, patrzę się gdzieś w dal, ślizgając się wzrokiem po niebie...Koty, zwijają się w kłebki, coponiektóre zaczynają mruczeć. Zasypiają... Wtedy wreszcie mogę je...uchwycić. I zrozumieć, kochać. Wtedy kocham, nawet tego co tak szepcze, i kocham też tego co w mym cieniu drepcze, co szarpie mnie za nogawkę, tego co ze szczęscia mego ma niezłą zabawkę...
Bo pomimo całej absurdalnej złosliwości, koty sa stworzone do...dawania im Miłości...
http://www.youtube.com/watch?v=klyg8xcrxgs Banco De Gaia - Kincajou
Czas na luźną zabawę, liryczną wyprawę. Lecz nie zmierzam po sławę, ni po zaszczyty. W cieniu zaszyty pokłony oddaję. Pokłony milczeniu, ciszy bez zdań. Zamaszystym gestem niemal zamiatam podłogę mym nakryciem głowy. Wyraz twarzy mam surowy, lecz i mocno mylący. Może też...intrygujący? Nade wszystko cichy, na pewno cichy... Ja dziś cały jestem w ciszy. Głuchy na wołanie świata, głuchy na bzdurne szczekanie. Chwytam ciszę za jej długie, przeźroczyste, granatowe palce...Zamieniam się w gwiezdny pył rozsiany na nieboskłonie sufitu w moim domie. W moim azylu, hermetycznym, hermetycznie-filozoficznym. Trzymam ciszę tak jak trzeba, niczym chmurę z nieba, delikatnie i z wyczuciem. Dusza rozlewa się po podłodze, zaś cisza wsiąka w me ściany, tak...jestem w niej skąpany...Nareszcie...trzymam siebie w garści. Nieważny, zbędny, jak kupka orzeszków, jak lista cichych grzeszków...Usta mam zaszyte waniliowym milczeniem. Znów jestem ponad ładem tego świata. Znów jestem na suficie, za wysoko...za cicho...Drobne subtelności, niuanse, niebieskawe szanse na wieczność, czarną i ciepłą...przewlekłą...Czas się zatrzymuje, i jestem wiecznością, powiązaną z ciszą, razem z nią kołysząc...W rytmie na dwa, może i na trzy...Oto dym i lustra, oto płomień świeczki. Tańczy... Jak ja, jak moja cisza, cisza bez zdań. Bez nerwowych gestów, drgawek chorej codzienności. Długość dźwięku samotności, noc cichej Miłości... I zapominam, i ewoluuję... Obraz niknie w mroku. Cichnie i tak już delikatny odgłos kroków...Dym nad popielniczką...Smak prawdy jest cierpki, pigułka gorzka jak nigdy. Mimo wszystko słodycz moja oscyluje gdzieś między krzesłami, chowa się pod stołem. Psotnie ucieka, kluczy i zwleka...Z palcem na ustach wabi spojrzeniem. Chętnie dam się sprowokować, kiedyś. Lecz teraz zamykam oczy...Gwiazdy mówią dziś zbyt głośno. Woda drapie słyszeń poematy. Nieobecnym wzrokiem spoglądam w kałużę i gdzieś tam, hen, między pustynią a kurzem, między kropką a przecinkiem, widzę mój horyzont marzeń. Wziętych z sufitu, by nie rzec dosadniej...Mimo wszystko się uśmiecham, wszak niezła to pociecha, ta świadomość sufitowej niemożliwości splecionej z zielono-granatowym absurdem w zamszowych butach...Siedmiomilowych, żeby było śmieszniej...i tak bardziej bajkowo. Pragnę przemierzyć krainy pełne kpiny i drwiny, ale też puenty i morału bez pośpiechu i pomału...Bo najważniejszym jest tempo. Trzeba je zgrać z oddechami ciszy. Czas szyderczo się skrzywi, podróż zakończy zanim się zacznie. Jedno mrugnięcie okiem, może lewym, może prawym...Ot tak ku uciesze, ot tak dla zabawy...Dla kolejnej nocnej...lirycznej wyprawy. W oparach nonsensu tkwiącego na samym dnie mojej mądrej popielniczki...
http://www.youtube.com/watch?v=1qtWt4c0eFk Dj Cam - Romantic Love
Bo to radość wyrażona słowem piękności niecodziennej zaiste. Gdy noc znowuż chowa dzień do kieszeni, ale chłodu nie ma, jest jeno ciepło kominkowego ognia pełne zamaszystych wspomnień dawnych sukcesów, spełnionych marzeń. I ponad to wszystko wyrastają te twarze, w uśmiechu pożarze. Gdy świat był bardziej oczywisty a niebo bardziej błękitne. I jeszcze te zachody słońca, które majestatycznie chowało się za horyzontem wzbudzając to nieopisane uczucie w mojej Duszy. Gdy siedziałem na brzegu stalowej rzeki, która na ten jeden moment dnia stawała się tak pełna wody, prawdziwej wody... I cichły pytania nużące, o przyszłość, o to kim jestem, kim mogłem być... Oczy goniły lot jaskółek, spoczywały na moście, krwiobiegu miasta. Światła wdzierały się we mnie pustosząc tok myślenia swym zapierającym dech w piersiach tańcem. Kakofonia dźwięków, szalony misz masz zapachów, organiczość zmieszana z techniką. I zielona trawa skryta już w lekkim półmroku, pnie drzew rzucające długie cienie, tym dłuższe im dzień starszy...Zaskakujące, jakiż to był smutek wtedy patrzeć na to samotnie, jakaż to radość teraz, przywoływać to jeszcze raz...Niezmierzoną jest zagadka ludzkiej natury...I wtedy, ja...ja wierzyłem, wiarą zakorzenioną, zrośniętą z kręgosłupem, ze wszystkim co we mnie było... Na drugim brzegu samotny biegacz zostawiał ślady na piasku jak każdy z Nas w Naszych życiach. Nieważne, nieistotne ślady, zacierane zaraz następnego poranka, ginące pośród innych jakże podobnych...Rzekniesz - to smutne, odpowiem - prawdziwe... W tej niemożliwej do określenia materii, jaką jest ludzkie życie, to jest piękne,to jest prawdziwe, te ślady wlaśnie, mgnienia ludzkich odczuć, stany ludzkiego ducha...
W pewnym sensie smutna jakaś ta moja kominkowa radość, jednak tu zaprzeczę, niejako sam sobie, to nie radość smutna, to radość doświadczona, dojrzała, więdząca że nic nie jest czarne bądź białe. Ale nie szara! Czasem tylko lekko przytłumiona, wbita w chodniki jak spojrzenia przechodniów...I cicha, stonowana... Niekiedy niezrozumiała, pełna niuansów...pełna seansów, kinematografii. Bierzemy udział w najbardziej groteskowym komediodramacie jaki można było sobie kiedykolwiek wyobrazić. Sam udział w tym dziele, w tym wielkim, wiekopomnym dziele, jest dla mnie czymś tyleż niezrozumiałym i absurdalnym, co pięknym, po prostu pięknym...Wtedy, nad stalową rzeką, ja to czułem... Dziś...dziś to zrozumiałem. Życie to film, zdecydowanie najlepszy jaki kiedykolwiek powstał. I kocham ten film, kocham stalową wodę mej rzeki. Miłuję każdy oddech jakby miał być ostatnim oddechem całego świata...Czy już wiesz skąd ta moja pozornie smutnawa radość? To paradoksalne umiłowanie szalonej groteski określonej mianem...Życia?
http://www.youtube.com/watch?v=fAcT1bkEVoc&feature=fvwrel Envio - Touched By The Sun
Ciąg dalszy opowieści. W świecie zmurszałych pragnień. W gąszczu błędów. Dwa stworzenia przemykają się między drobnymi przekłamaniami. Za nic mają swój z lekka komiczny wygląd. Chyba też nigdy by im nie przyszło zastanawiać się nad własną aparycją. Nie miało i nie ma to dla nich znaczenia. Znaczenie miała i ma za to ich droga, wspólna droga przez iście baśniowe, fioletowe łąki w świecie, co nie zaznał dnia. Myśl z początku mówiła, że to raj. Ale cóż to za raj, w którym nie ma słońca? Cóż to za raj, gdzie nieboskłonem rządzą tylko gwiazdy przy znaczącej asyście srebrnolicego księżyca? Gdzieniegdzie z owych granatowych traw wystrzelają w niebo samotne, niemalże monumentalne, żółte baobaby. W oddali niebieską poświatą promienieje las, przysiągłbym, że brzozowy. Horyzont przyozdabiają zielonkawe, polarne zorze, niemal słychać ich westchnienia...Niezwykłość tego miejsca, kryje się jednak nie w oszałamiającym, onirycznym tańcu barw nocą, nie, tu chodzi o organiczność jaką czuć w żyłach, w każdej komórce ciała. Owe stworzenia to wiedzą, czują. Pełzną przed siebie w radosnym milczeniu wyrażającym również pewność siebie i tego co może nastąpić, chociaż wcale nie musi... Pachnie tu świeżą trawą zmieszaną z owocową galaretką. I wyobraź Sobie, że te...stworzenia, co tak pełzną od niechcenia, co tak pewne są Swego istnienia...to... Szaliki. Dwa wełniane, intensywnie niebieskie Szaliki. Któregoś dnia, w szafie, w Cichym Domu gdzie zaglądać nie było komu...któregoś dnia nastąpiło spięcie, błąd. Szaliki ni z tego, ni z owego, niemal jak czarne z białego, ożyły, skoczyły i znalazły się tutaj. W tym świecie, co nie zaznał dnia. To był tylko drobny epizod, potem w Cichym Domu gdzie zaglądać nie było komu...znów...zrobiło się tak cicho i markotnie, zbyt spokojnie... Tymczasem szaliki, rade, nie rade, z braku lepszych zajęć ruszyły drogą, która wskazał im mój ogon. Odganiając się od natrętnych, małych, czerwonych kochlików jakich tu pełno, pełzły wytrwale w znoju i chwale. Ku mej uciesze, nie zadawając zbednych pytań. Mają teraz przed sobą wzgórze. Łagodne zbocze góry starszej niż sam wszechświat, góry żywej i nieprzyzwoicie wręcz inteligentnej. Inteligencja tejże góry objawia się tym,iż góra ta, z natury ponura a i owszem, uparcie milczy. Od wieków, eonów. Milczenie nadało jej ten status nieskończenie wręcz mądrej góry wszystkich gór. Szaliki też milczą trwając w porozumieniu bez słów. To klucz do ich sukcesu, zwycięstwa, jakim niewątpliwie jest sama ich obecność w tym świecie, co nie zaznał dnia, co nie toleruje głupoty, bedąc samemu pełnym absurdu, ale i cnoty. I oto Szaliki prą przed siebie, w tej granatowej trawie na wzgórzu, pod górę, wyżej i wyżej, w tempie jednak zwyczajnym. Bez pośpiechu, bez hałasu. Ciszę mąca tylko te kochliki, swoim upartym, cichutkim brzęczeniem. I wiatr też czasem zawieje unosząc w powietrze rdzawy, błyszczący w świetle księżyca, pył. Przed Szalikami cel ich podróży, jeden z samotnych, żółtych baobaów, doprawdy ogromny, lecz uprzejmy i skromny, w dotyku ciepły i spokojny...Szaliki osłonięte jego wielkimi konarami, siadają na wzgórzu i patrzą...Patrzą się w gwiazdy, które jak zwykle powiedziały o jedno słowo za dużo. No i jeszcze srebrnolicy wtrącił swoje trzy grosze, czy może nawet cztery...I zakląłem pod nosem, bolejąc nad mym losem...Bo znowu, kolejny już raz, musiałem patrzeć jak Szaliki, sprowokowane mową gwiazd, mową tego srebrnolicego drania, przytuliły się do siebie i tak trwały i trwały...Aż nastał dla nich dzień, w świecie co nigdy dnia nie zaznał przecież...
http://www.youtube.com/watch?v=ny3kf1A-86s Doc Scott - Tokyo Dawn
Tyle nas tutaj. Istny tłum, czy jednak zacny...polemizowałbym. I mijamy się ze sobą, nie tylko ruchem, nie...Mową również, co gorsza myślami. A ja wciąż tęsknie za tymi oczami. Bo uwierz mi, dziś widziałem w tym tłumie oczy anioła...Tak inne od innych zgoła...I krzyczę, i wołam...Lecz minęły mnie bezpowrotnie i ulotnie... To...był jeden, dodam cichy, moment. Mgnienie, lśnienie. Ironicznym jest, iż ujrzałem oczy anioła moimi oczami, w których widać czasem piekło, jak płonie i złorzeczy. Pochwyciłem więc spojrzenie czyste, tym moim mętnym, zmęczonym wzrokiem. I zatęskniłem. Za niewinnością, za naiwnością we włosach. Za gładkimi dłońmi tak ujmująco świeżymi...Nie masz się co śmiać, ja wiem, że to banalne. Że nie ja jeden tak miewam. Życie...życie to przecież banał. Mimo całego swojego piękna czy okrucieństwa...To zwyczajny banał. I takim też banałem było moje olśnienie dziś w tym wielkim tłumie, co pędził nie wiadomo dokąd, nie wiadomo po co. Jednak bezcennym jest to uczucie...to...ukłucie...gdy spotykasz ów wzrok anioła, tak inny od innych zgoła...I...nagle...zupełnie z zaskoczenia...zdajesz sobie sprawę z własnego człowieczeństwa, że jeszcze masz duszę, może i serce...Samotność przestaje tak dusić. A myśli błądzą, nie wiadomo gdzie i nie wiadomo z kim. To jest jak niemy film...Bo nie wydusisz z Siebie choćby słowa wahając się miedzy czernią i bielą pośród milionów odcieni tak dobrze Ci znanej szarości. Tak szaro i ponuro wszędzie wokół...I tylko te oczy anioła. Ten blask i kolory, co rozpędzają całą tę szarość i zmory na jedną, jedyną chwilę, ułamek podróży, niewiarygodnie mały. Gdy znów to wszystko ma sens, gdy świadomość się oczyszcza. I już nie toniesz, nie umierasz...I wraca wiara, powstaje nadzieja...Przez jedno, głupie spojrzenie wyłowione z ogólnego chaosu za przyzwoleniem losu ślepego jak ślepymi są Nasze słowa...Wszak tu nieistotna jest mowa. Istotne są tylko te oczy, co już uciekły, znikły gdzieś za moimi plecami, za moimi sprawami. Za moją wielką, głupią walizką i równie bzdurnym szalikiem, w którym chowam tyle zmartwień, tyle smutków...I tak nie zatrzymałbym tego wzroku, nie dotrzymałbym mu kroku...Więc się nie martwię jeno korzystam, korzystam z tego momentu, z tej fotografii. By zatrzymać czas, by zatrzymać życie. Być jak czysta kartka w niezapisanym zeszycie...
Zmęczony jest ten świat, słyszę zresztą jak ciężko dyszy niczym maratończyk tuż przed metą. Zmęczone są też i moje oczy wypełnione po brzegi tym czym wypełnionymi być nie powinny...A jednak...widziałem dziś oczy, oczy anioła tak inne od innych zgoła...I świeżość wpełzła na moje policzki głupkowatym rumieńcem, wlała się w moje zmęczone spojrzenie i zbutwiałą duszę. Znowu żyłem naprawdę, bez kłamstwa. Bez tych tanich iluzji szprycujących ogłupiałe, biedne mózgi...
A więc nie mów nikomu...Dziś w tłumie, gdzieś koło południa, przy sklepie z butami, tam na rogu. Gdy jak zawsze, jak co dzień, szedłem sobie moją ulicą...Wyłowiłem oczy anioła tak inne od innych zgoła...
http://www.youtube.com/watch?v=8jRzm3dJ-_c Massive Attack - What Your Soul Sings
Wracam do równowagi. Gdy idę ulicą mego miasta, które kocham nocą zimową, powietrzem ostrym tnącym płuca moje...Wracam, przybywam. Myślą, słowem i uczynkiem. W abstrakcji, interakcji z otoczeniem. Z marzeniem pstrym, ulotnym. Latarnie witają, żule patrzą. Śnieg trzeszczy pod butem. Idę. Przed siebie, do utraty tchu, póki nogi nie zdrętwieją. Idę po dachach, tam gdzie nieboskłon mówi najwyraźniej, gdzie dym z kominów otula a chmury opadają na zmęczone dłonie by pomóc, by wybaczyć...Wędruję poprzez okna, drzwi, widując zaskoczone twarze, spektrum ludzkich nastrojów, emocji. Zapachy, chowam je do kieszeni, a tak sobie, na później. Zrobię z nich fajki i wypalę w chwili wytchnienia od konieczności istnienia. Przemierzam nocny gwar pełen bladolicych zjaw stojących pod latarniami. Dotykam, patrzę. Wyczuwam strach, gonitwę myśli. I świeżość. Inne życie. Nowe, tak podobne do dziennego, ale...
Idę po torach. Pędzący towarowy do Katowic uderza prosto w skroń. A świat wiruje, upada i leży na wznak niepomny tego, iż czas nakazuje Mu pędzić do przodu na złamanie karku. Leży na wznak a ja razem z Nim i patrzymy w gwiazdy zamarzając. Patrzymy kontemplując, mędrkując, jak zwykle bez sensu, tak dla hecy, by się pytać, drażnić, przekomarzać. Pociąg pędzi, prosto na Nas. Światło coraz bliżej i bliżej. Tory się uginają, syczą jak węże. Trzeba iść...Iść dalej, gdzie oczy poniosą, tam gdzie diabeł mówi dobranoc a mleczna droga zlewa się z horyzontem. Wędrówka, droga...W milczeniu. I tylko ręce drżą, a usta sine wypluwają parę. Wyłączyli światło, ciszą. Mrok, ale jest zbyt zimno by spać, zbyt zimno by łowić sny. Wódka rozgrzewa, pulsuje w żyłach. Zmrużone oczy, lekki uśmiech...Tak lekki, że aż unosi. Światu mówię - rozluźnij się stary. I On słucha, aż nie do wiary, jak ten wędrowiec stał się ufny, ufny wobec mnie, wobec moich słów czy gestów. Ale i ja Mu wierzę, gdy mówił jaki jest zmęczony, w oczach Jego prawda pływała jak ryba w wodzie. Nie kłamał, chociaż tak to lubi...
Idę po Waszych oddechach. Jesteście moim tlenem. Wasze zmartwienia i radości. Najprostsze banały. Krew, pot i łzy. Satysfakcje. Jestem tu dzięki Wam. Sprzężony z Wami, z Waszymi snami. Ze wszystkimi niepozałatwianymi sprawami...Urwana lekcja Muzyki. To ja jestem Muzyką. Wsparty liryką wciąż gram jak niezniszczalne stare radio. Czasem jednak milknę, zamyślam się a oczy błądzą po suficie, po marzeniach...Po Waszych oddechach i umęczonych twarzach.
Jakaś cholerna, nienazwana radość czai się w zakamarkach zimowej nocy. Taka wolność, cudowna wolność. Nawet gdy umierasz, to się cieszysz, uśmiechasz. Ta noc jest Twoja, świat Ci ufa, Ty ufasz Jemu, kochacie się. I nikt nie gada męczących głupot, nie kaszle, nie chrząka. A i smród jakby mniejszy, głowa przewietrzona. Nogi kopią małe kamyczyki. I patrzysz przez mokre od łez oczy. Na wspaniałość tego wszystkiego, co najprostsze, tak oczywiste, że na co dzień niewidzialne. Patrzysz i nie wierzysz, nie możesz uwierzyć w Swoje szczęście. Nie możesz ogarnąć tego, że to szczęście było tuż obok, na wyciągniecie ręki, skryte w zimowym tchnieniu. Płatek śniegu na czubku nosa. Śmiech dziecka, sanek płozy, ślady odciśnięte w białym puchu.
http://www.youtube.com/watch?v=ybnRy7x7-8I Apollo 440 - White Man Throat
Gwiazdy spadają, a ja sobie na to patrzę. Jaki tu spokój, równowaga...Jaka zabawa...Idę w noc, w piękną, cichą, zimową noc...