trzynastyelement blog

Twój nowy blog

     I co tam widzisz? Widzisz coś w ogóle…? Hm…Dym nieco się przerzedził. Cisza zelżała, bo tak ciężką była przed chwili mgnieniem…Widzę. Widzę samotność, w trójkątnym oknie z falującymi miarowo szybami. Siedzi tam, w tych szybach, i gapi się, niby na mnie, ale tak bardziej przenikliwie, jakby…przeze mnie…Trochę mnie przeraża jej groteskowo pokrzywiona twarz, jej geometryczne lico. Ideał geometrycznego oszpecenia…A za nią…za jej poszarpanym, czarnym płaszczem…Niebo, szaro-bure, może stalowe. Wyblakłe jakieś takie, krukami dziobące uszy spragnione ciszy raju utraconego…Widzę więcej, widzę więcej niż bym chciał widzieć. Schody, kamienne, pomost murowany nad wodą pełną leniwych odcieni szarości. Chwytają me oczy teraz…wszystkie niuanse pełne iskier, pełne świetlnych refleksów. Psychodeliczna harfa przygrywa tuż za głową. I tak jest dziwnie jakoś…Może pośmiertnie…? Tak jakoś poza. A słowa wirują, regały padają, z nieba, jak deszcz, spadają, w tempie zwolnionym, rozbijają się o chodnik…Puste regały, co spadają z niebiańskiego piedestału. Powiedz mi moja książko…Cóż to ma u licha znaczyć…? Odwracam się…I wiem! Wiem! Ona była kotem! Szymborska była kotem! Jak się to ma do reszty? To chyba nieważne. Ja tylko widzę, patrzę, rejestruję. Bruk ulicy coś mówi. Coś niezrozumiałego. Ostrzega. Tak pełen jest trwogi dziś, w ten stalowy dzień. Dzień bez połysku, choć słońce odbijające się w wodach zatoki razi oczy jak niegdyś, jak zawsze. Nie powinienem, ale…Ale czuję się z tym…chyba dobrze. W tym chyba miejscu. Tu życie coś traci, ale ja coś zyskuję…Powiedz mi moja książko…Co takiego tu zyskuję zatem? Niepewność mży sobie mżawką jak gdyby nigdy nic. Skrzydła trzepoczą, tuż za pomnikiem człeka z marsową miną i kamiennym spojrzeniem. Kot, gruby, czarny, łasi się do mej nogi, lewej bodajże. Tak, tak…On też powiększa zagadkę mego istnienia, mojej świadomości żonglującej sensami pośród połamanych regałów. Tyle tu regałów…Jeszcze więcej półek…Pachnie biblioteką. Ale książka jest tylko jedna. Jam jest opowieścią, w niej zapisaną piórem pełnym krwi i alkoholu. Szarość przeplatana czerwienią, ostrą, gryzącą. Retrospekcja ujawnia…Ujawnia inne drogi, pełne upadłych scenariuszy, pełne zapomnianych pomysłów. Zabawne tak patrzyć na ten chaos, na karety bez woźniców, ba, bez koni. Jak jeżdżą tu i ówdzie na ślepo zderzając się ze sobą. Popsute zabawki w monochromatycznej powtarzalności. Powiedz mi moja książko…Czy to jest smutne? Czy to bywa nostalgiczne? Widzę czas przeszły, jak siedzi pod pomnikiem, gra sobie w domino z obojętnością w oczach. I mamrocze pod nosem. Hm…On ma chrypę. Mówię mu, na ucho, że Szymborska była kotem. Ruch ust spowolniony, nim skończyłem zdanie, wszechświat się już zapadł, pod ciężarem absurdu. I nieważne, że czas płynie wspak, i wszystko wywraca na stronę lewą, tudzież żadną. Ja tylko dryfuję, kamienna rzeźba…w próżni, ze zwolnieniem dyscyplinarnym, od życia…Widzisz to…? Czy widzisz ową tragikomedię moja książko? Magia…magia…by widzieć, trzeba magii…I saksofonu nocną porą.


Spacer – The Event Horizon/Pseudomorph


http://www.youtube.com/watch?v=innoVTCTGFE&feature=relmfu

 

     No bo…Ej! Czekaj! Nie zaczyna się zdania od „no bo”. Bo to niepoprawnie. Nie. Więc może jeszcze raz zacznę. Ale chęci na to nie mam, tak zaczynać znowu. A bo jestem leniwy, sporadycznie też złośliwy. No bo…Gadają. No bo…piszą. Tyle słów. I to takich pustych, nie mających głębi ani nawet zdolności kredytowej. Głupich, nudnych…Ogromny, przeogromny, przegigantyczny śmietnik. Czy to jakaś matnia? Czyściec? No bo zagubiłem się w tym, w znaczeniach, w ich braku. W trajektoriach lotu szpaków. A nie powinienem krakać jak inne wrony, co kraczą jednakowo tak z lewej strony jak z prawej. Stereofoniczna symfonia powtarzanych banałów. Próbując to opanować, ogarnąć umysłem, skazałbym się na szaleństwo. A zresztą…Czy to konieczne? Tak za wszelką cenę odnajdywać siebie? Zagubienie, me olśnienie, moja siła. Znikam, w tym gradzie słów, liter. Rozpływam się w gazetach. Jako jeden z wielu, część Stworzenia. Akceptacja, arcyabsurdalna deklamacja. Krzyczałbym…Hej! Tu jestem! Krzyczę do Was! No bo..to ja! Ideał pośród ideałów! Co chce błyszczeć! Szmaragdem, szafirem! Mimo tego krzyk nienarodzonym wciąż pozostaje. A chmury ze słów…ja się w nich chowam, kryję. Przed sobą samym. I nie wychodzę. No bo…po co?

     On mi powiedział, że…Ale ona zaprzeczyła. Tymczasem gdzieś obok, komentarze. A tamci się kłócą, a ci kochają. Au! Argument dziobnął mnie w kostkę. Agresywne te słowa bywają. Teraz już nawet nie atakują z tyłu, z zaskoczenia. Walą wprost, na odlew, już nawet nie po twarzy, tylko po mordzie. Szpecąc resztki Duszy. No bo kłamią, oszukują. No bo…nienawidzą. Zaciemniają i bez tego niewyraźny obraz życia. Gadające głowy, fachowiec fachowca specjalistą pogania nie kończąc zdania. Nikt niczego nie kończy! Za to każdy zaczyna. I to chyba jest przyczyna…Zagubień mych większych i mniejszych, a nawet tych maluczkich, które niczym mrówki obłażą mnie na łące pod mym ulubionym kasztanowcem…Tępe, głupie owce, zakochane w swych futerkach. Każda z ciekawością zerka, i plotkuje, podpatruje. Co by ukraść, cóż by spalić. No bo…tak wszyscy robią . I się jąka, plącze fakty, mity tworzy o polarnej zorzy, bo dwa plus dwa to pięć przecież. O losie! O świecie! Ukarałeś mnie srodze każąc żyć w tej chorej trwodze…Ale trwam w tym szalecie wypaczeń. No bo…

      No bo… kocham. Tak zwyczajnie. Nienormalnie. Panoramicznie, z ukosa. Zagubiony, schowany. Z bukietem tandeciarskich róż pod pachą. Ze spojrzeniem płonącym. Z plecakiem pełnym marzeń, co miauczą, fukną czasem nawet…To jest sens. Momentami myślę nawet, że jedyny. I pieprzyć diamenty, gazety! Pieprzyć kłamstwa, i litery pełne odrazy i chamstwa! A niech gadają, niech piszą. Wolę mówić mało, wolę pisać mało. Albo wcale. Za nic mając żale, i pretensje. To już nieistotne.



     Wreszcie przyszła noc nieco chłodniejsza. Zaduch ustąpił z powietrza i umysłu. Z serca spadł ciężar. Tak. Ten padół ma sens – pomyślałem. I z satysfakcją zjadłem jabłko, ogryzek wyrzuciłem za okno. A na parapecie przycupnęła Miłość w zwiewnych, niemal przeźroczystych szatach. Jedwabnych chyba, aczkolwiek pewności nie mam. Nigdy nie miałem. Dlatego tak lubię na Nią patrzyć.


    

Hybrid – Dreaming Your Dreams


      Nie wiem, nie wiem, nie wiem…Chaos siedzi w mojej głowie burcząc jednocześnie w brzuchu. A ja tymczasem kątem pluję. Tak! To mój zawód. Tym się zajmuję, halucynuję, ale to po bawarce. Na dole, w holu serwują wyjątkowo paskudną bawarkę. Odlot, wprost w szarawą otchłań…Ale! Bo schodzę z tematu. Otóż moi drodzy – kątem pluję. Za to mi płacą, psi grosz przyznam, mimo żem Kot z kości i krwi. Pomijając jednak ową ironię Kota z psimi pieniędzmi, pracę swą lubię, co więcej – szanuję. Powiecie zjadliwie, że to banał, że tak kątem pluć potrafi każdy i to całkiem za darmo, bez tych zbędnych fanfar czy odznaczeń, ale…Zaprzeczę, zaprzeczę ochoczo! Widzicie, trzeba być przy kątem pluciu bardzo uważnym. Chociażby po pierwsze, primo, podstawowa sprawa – nie opluć samego siebie. Bo to idiotycznie by wyglądało, niesmacznie, niekulturalnie, niepoprawnie. Po drugie, sekundo – jeszcze głupiej, a i ryzykowniej opluć jest kogoś innego. Zaraz by się zaczęły niesnaski i pretensje, awantury z grubej rury. Tak, bo ludzie myślą, że to chamstwo, no i elementarny brak higieny. Kiedyś nie było takim jak ja łatwo. Jeszcze za czasów komuny. Określali nas mianem zaplutych karłów reakcji zupełnie nie doceniając subtelności, esencji… kątem plucia. Ale to było zrozumiałe, wszak ci ludzie to był partyjny beton, a od betonu polotu wymagać nie można, chociaż przyznam, że w pewnych okolicznościach beton osiąga swoisty polot, dość zabójczy, co poruszę w następnej prelekcji, na którą już teraz Was zapraszam! Jakimś cudem, zbiegiem okoliczności doprawdy niewyjaśnionych, wręcz niewyśnionych, przeżyłem jednak te mroczne czasy zaciemnienia umysłów utopijnymi ideami z początków dwudziestego wieku i…oto jestem tutaj! Owszem, klasa robotnicza wciąż jest ważna, ale pojawiło się masę innych niezwykle interesujących, często zupełnie niszowych, zawodów. Takich jak na przykład mój. Zawód jest nawet nie tyle niszowy co mocno szalony. Bo kto normalny chciałby zarabiać na życie kątem plując? Bo kto normalny chciałby za to płacić?! A jednak, jest popyt na tego typu usługi, zatem naturalną konsekwencją popytu okazała się podaż i tym samym świadczenie kątem plucia stało się czymś jak najbardziej rzeczywistym i namacalnym. Upadek żelaznej kurtyny ma jednak również minusy, kiedyś by kątem pluć, niepostrzeżenie dla wszędobylskiej partii, trzeba było wykazać się nie lada odwagą, techniką, finezją. Należało panować nad mimiką twarzy, parabolą produktów kątem plucia. Brali się za to nieliczni, ale za to świetni fachowcy, hobbyści. Teraz dostęp do tego ma niemal każdy. A jedyną karą za kątem plucie jest bezpośredni kontakt twarzy plującego z pieścią nieszczęśliwie i przypadkowo oplutego. Skoro każdy może się za to brać, naturalnym jest napływ źle wyszkolonych amatorów, którzy mocno zaniżają do niedawna dość wysoką, choć zdecydowanie niedocenianą reputację mojego zawodu! Technika, więcej techniki, bo życie to nie tylko atak, ale i uniki. Tak, technika jest najważniejsza w tym wypadku, parabola, wyczucie chwili i miejsca. Ach, i liczy się show. To ważne, należy zadośćuczynić wszechobecnej komercji. Krwiożerczy kapitalizm tego ode mnie wymaga, ode mnie i od innych mi podobnych, a zatem muszę robić show. Na szczęście nie przeżarło mnie to do cna, przemycam wciąż nieco artyzmu i wyższych przesłanek kątem plując już całkiem jawnie ku uciesze płacących mi za to ów przedstawiony na wstępie psi grosz…Kątem pluję dwubiegunowo, dwustronnie, nie ukrywam, nigdy nie ukrywałem, taka idea bardzo pasuje do mojego światopoglądu ying-yang, równowaga…Tak więc kątem pluję stroną lewą, kątem pluję stroną prawą. Staram się to czynić rytmicznie, psychodelicznie, czasem gubiąc rytm celowo, by znajdować go na nowo. Chodzi o to, by nie było nudy i marazmu, które jak wiadomo, zabijają show, kreatywność i ludzkie mózgi. Wskutek wieloletniego kątem plucia męczy mnie niestety kilka dolegliwości, z których najbardziej rzucającą się w oczy sa moje rzucające się oczy, czyli rozbiegany wzrok, nawykły do wieloletniego ciągłego patrzenia kątem oka. Tak, bo w kątem pluciu, ważne są w ogóle kąty, kąt oka, kąt samego kątem plucia i ewentualnie zaciszny kącik w psychiatrycznym szpitalu, gdzie niekiedy trafiają inni kątem plujący. Wracając jednak do patrzenia oka kątem…Była i jest to logiczna konsekwencja kątem plucia, chodzi o przegląd pola, by kogoś nie kątem opluć, i już pomijając względy bezpieczeństwa i higieny(BHP!), chodzi o to, by widzieć jak i gdzie to wykonywać. Często jestem pytany kto jest na tyle nienormalny by płacić mi za to, co robię. I prawdę mówiąc z rozbrajającą, wręcz rozbierającą szczerością odpowiadam, że nie wiem, nie mam pojęcia. Klientela jest niezwykle zróżnicowana, od szarych zjadaczy sucharów, po zblazowanych życiem milionerów z najdalszych zakątków naszego globu. Tu nie ma reguły, zresztą to oczywiste, bo każdy pragnie rozrywki bez względu na status społeczny, płeć czy inne uwarunkowania. Kątem plucie to w gruncie rzeczy esencja demokracji! Przyznam również, że nie zastanawiam się nad przyszłością mojego zawodu i mnie samego. Najważniejszym jest, że robię to co lubię i umiem, i jeszcze mi za to płacą, psi grosz, ale jednak. Nie jest to może tak idealistyczne zajęcie jak niegdyś, ale jako starszy kątem plujący pogodziłem się już z upływem czasu i społecznymi przemianami, toteż i współcześnie czerpię z kątem plucia niemałą satysfakcję ochoczo się nią dzieląc z innymi, również i z Wami! Ponieważ moja prelekcja dobiega już końca życzę Wam miłego kątem plucia. Na znak szacunku dla tego jakże ważnego i istotnego zawodu możecie teraz kątem pluć na sali, aczkolwiek z góry uprzedzam, że nie zwracam nikomu za ewentualne późniesze koszty leczenia obrażeń fizycznych. Miłego wieczoru!


     I niech nikogo nie obchodzi nic…A świat niech będzie milczeniem. Zdarzeniem, zapisanym ołówkiem na mokrej kartce papieru co leży w brudnej kałuży, co mokrością swą upadłą męczy i nuży. Eureka, opada zmęczona powieka. Niemal na chodnik, na samo dno, poniżej myśli i uczuć, w zaciszu nieumień, i niechcących słów rzucanych na wiatry cztery. Bo kogo to obchodzi? Mnie? Ciebie? Nieistotność tego, ujemna waga wykręconej do wewnątrz rzeczywistości, to poraża, przytłacza. Chaos przewala się po schodach mięsem i kośćmi, horror idzie w dół. W milczeniu, czarnym i cichym. Esencja ciemności. Tak! Ja to kocham! Cholerny masochizm podgryzający kostki gdy kwiaty giną w gazowej komorze. Cztery na cztery, na cztery, w sześcianie, na ścianie, smierć na wezwanie, bynajmniej nie moje ni Twoje. Potem zakopać, zapomnieć, przerdzewiałe łopaty nadają kształt ciszy. Brudne ściany płoną wstydem jak brudne dusze wszystkich ludzi na tym pokręconym padole. Brudny ogień niesiony w oczach bezmyślnej hołoty. Myślisz, że wiesz czym jest cierpienie?! Czym jest krew w umywalce tuż pod pękniętym, matowym lustrem?! Ohydny smród umierania przetacza się po wykrzywionych twarzach. Wszystko przesiąknięte wilgocią i robactwem…i chorym śmiechem, którego panicznie boi się sam Szatan, chorą satysfakcją na wpół rozpuszczonego mózgu ze zbutwiałymi neuronami. Historia bez puenty, zarzygana samotnością, zmiażdżona bólem siarki w otwartej ranie. Sadyzm motywu mieć przeca nie musi, głupota jest wszak najwyższą z doczesnych cnót światłych. Telewizja tymczasem wypompowuje krew z umęczonych żył, napełniając je z akumulatora kwasem. Kochamy ten film! Gdy jak idioci śmiejemy się z własnej tortury. Ach, cóż to za głupcy, panie! I jeszcze krzyczą w euforii miast pokornie zamilknąć. Niechże chociaż uszanują agonię trawiącą poskręcane trzewia świata jutra. Tak czystym on miał być, ten świat, a jest coraz brudniejszy. Pieprzone dobre chęci, gorsze niż trucizna rtęci. Zaraza się rozplenia, pchana koniecznością istnienia, pchana instynktem niszczenia…

    Lustereczko powiedz przecie…kto jest największym pasożytem na świecie..?


    

Rob Dougan – Clubbed To Death

Życie

Brak komentarzy


      Pozwól mówić muzyce. Zamknij oczy. Odpuść na chwilę, na moment, na całą wieczność. Wyzeruj się. Wymaż z pamięci wszystko co istotne. Słońce kroczy w Tobie, zachodzące słońce, na plaży, nad morzem. Wprost w oczy spływa granatowiejącym przestworzem. Szum…cisza w głowie, i pusto tak, i spokojnie tak…Bezruch, bezmiar. Stań oko w oko z nicościami. Bo wreszcie czas usiąść, odpocząć. Zapaść w sen, może i w śpiączkę. Przyjąć noc w sercu. Przyjąć w głowie leniwie płynące, nocne, letnie chmury świeżością pijane. Nie ma znaczenia kim byłeś, kim będziesz. I czy poezja uderzy kwiatem po twarzy. Oddychaj, głęboko…Głaszcz szaleństwo czule po grzywie, niech parska po cichu. Niech zaśpiewa flanelowym szeptem. Aby tylko samotność była, bezcenne sekundy, bez biegu, w jednym miejscu, którego tak naprawdę nie ma…Znikasz…Znikasz…Gdzieś między wierszami…Gdzieś między słowami. Skok wprost w wielką, ciemną studnię. Gdy mięśnie wiotczeją, nurt czerni łagodnie prowadzi do nikąd. Tu nawet niepokój to przyjemność…Jeśli upadać, to powoli…i z gracją. Być piórem na wietrze unużanym w krotochwilnej radości, w momencie wytchnienia. Być kroplą wody pośród mroków nocy co deszczem uciszyła wielkomiejski gwar, co zakryła tandetę, okazała litość bezdomnym pijakom. Wierzyć w sens, tak jak światła samochodu wierzą ulicznym znakom, że zaprowadzą gdzie trzeba bez kolizji, bezpiecznie…Czuć ten sens w sobie, w tej drugiej Osobie. Mimo samotności, i skrywanych głęboko łez duszy malowanej najczarniejszą z czarnych farb. Oto jest skarb, oto jest Tajemnica…Zaklęta w suchych liściach zdobiących chodniki pod Twoim oknem. Te liście tańczą w Twych oczach, w takt melodii wiatru. Geniusz życia ujawnia się w całej krasie. Niepostrzeżenie, niespodziewanie. Bez fajerwerków czy fanfar.



    

Apex – Falling


       Tańcząc w ciemnościach w takt symfonii nicości…Czemu nie upadam…Czemu? Gdzieś w ulewnym nocnym deszczu bijącym w twarz na odlew tkwi wolność…prawdziwa wolność…wypalona na skórze stygmatem cierpienia. Gdy ból trawi duszę, tak mocno…tak cicho…Zaś w powietrzu krążą kolejne wersety milczenia. I istnieję, tu i teraz, ale jestem wspomnieniem, czarno-białym, nieruchomym jak te szare pomniki moknące jak i ja w nocnym deszczu. Ze mnie pomnika nie róbcie – nie chcę doznać tortury wieczności. Nie chcę ciągle się zmagać z ciężarem konieczności istnienia, z odpływami, przypływami…z pełnią księżyca…Ja tylko czuwam, tymczasowo, słodko-gorzki smak życia przemawia przeze mnie…Jako swoista wyrocznia, jako dozorca zagubionych dusz, przycupnięty na dachu smutnej kamienicy tuż przy równie smutnej ulicy, czuwam, obserwuję. Nie szukam, nie znajduję…Spoglądam w dół, moje spojrzenie spada na chodnik razem ze łzami zachmurzonego nieba…Tyle mógłbym zrobić…wszak w dłoni, prawej, trzymam czas. Pokusy jednak są mi obce, tak jak ja jestem obcym dla tego świata, i tego życia. Zamroziłem pamięć na jednym zdjęciu co leży gdzieś w szufladzie…Nic już nie pamiętam, prawie nic już nie wiem…Prawie.

      Nie potrafię mówić. Zbyt długo milczałem. Zbyt długo usta miałem zaszyte nićmi powolnego rozpadu…powolnej śmierci osobowości. Moich oczu nie spotka nikt, gesty nikną gdzieś w rzęsistym deszczu. Tylko taniec mi pozostał. Taniec na krawędzi nicości, na granicy szaleństwa, które kusi krwawym uśmiechem, radością z plastiku. Ciągle tańczę, w ciemności, snując się pośród dusz zagubionych, omamionych pełnią księżyca, obietnicami pięknych słów, pięknych, cichych słów…W mroku wciąż je słychać, jak odbijają się echem od obskurnych ścian zgorzknieniem ścierając i tak już mdłe życiorysy na zgniecionych kartkach papieru…

      Podchodzę do drzwi, klucze pobrzękują w ręku, zamek zgrzyta, wchodzę do środka. Przechodzę przez pokój nie zapalając światła, mój cień idzie ze mną, jedyny przyjaciel…cichy i wierny. Siadam na fotelu. Zapalam papierosa, jest obrzydliwy. Wpatruję się w okno, wpatruję się w krople deszczu po nim spływające coraz niżej…i niżej…Tak…Gdzieś w tym nocnym, ulewnym deszczu, co spływa po szybie kolejnymi, zagubionymi kroplami, gdzieś w nim jest wolność…prawdziwa wolność…


      http://www.youtube.com/watch?v=Wvf9InOKfDE 12 Rounds – Just Another Day

Harce

Brak komentarzy


       To tylko tramwaj. A ja jestem tylko motorniczym. I pasażerem. Mam bilet, do piekła, w jedną stronę. Jest noc, ewentualnie dzień otumaniony ciężkimi, burzowymi chmurami. Szyny prowadzą nieubłaganie ku spełnieniu. Chodź! Weź mnie za rękę. Zobacz co i ja widzę, ten kuszący koszmar. Z okien kamienic szuflady wypływają w powietrze przez zamknięte okna. W każdej szufladzie ślad ust kobiecych. I zapach, dziwny, słodki taki, śmiejący się cicho i złośliwie. Psoty, psoty, tylko to Ci w głowie…

      Stoimy w pokoju. Ku Nam po podłodze pełźnie szalik, granatowy, owiją Twą szyję mrugając do mnie okiem. Pianino zaczyna grać. Zapala się czerwone światło. Podłoga jest szachownicą, muzyka jest jazzem, taniec…uwerturą. Ściany falują, widać na nich ogień, jakby z projektora umieszczonego w mej głowie, w mym słowie…Szept się niesie w przestrzeni niewerbalnej…”Otwórz oczy…otwórz oczy…”. A Ty je otwierasz, widzę w nich kosmos, rozświetlony miliardami gwiazd i mgławic, cud zieleni i granatu. Światło przygasa do ciemnej purpury, muzyka nieco cichnie. Unoszę prawą rękę, uśmiecham się do Ciebie. Pstrykam palcami.

        Oto Wszechświat… Przestrzeń, niezmierzona, nieogarnięta nawet myślami czy wyobraźnią. A przed Nami drzwi, podświetlone tanim, fioletowym neonem. Za nimi łazienka, z wodą wylewającą się z wielkiej, białej wanny, która wręcz zaprasza do zrzucenia ubrań i zanurzenia się w ciepłej, wręcz gorącej rozkoszy. Stajesz nad wanną, a ja tuż za Tobą, szalik sam się zsuwa z Twej szyji, dyskretnie wypełzając przez próg… Obejmuję Cię wpół, całując delikatnie odsłoniętą szyję. Ubrań już nie ma, jest tylko prawda, bez głupich, natrętnych myśli, jest też fioletowe światło. Odwracasz się do mnie…Dwa psotne uśmieszki łączą się w gorącym pocałunku, woda niemal wrze…Mój zapach, Twój zapach…tańczą razem gdzieś w rozgrzanym powietrzu…Tak blisko…tak ciepło…Mruczę…

      Jak nazwać magię jaka unosi się w powietrzu gdy dwoje staje się jednym? Gdy suma oddechów i doznań, emocji i ruchów kondensuje się na tak małej przestrzeni? Chyba…lepiej to zostawić…niech to będzie…niedomówienie. Słów w tym nie ma. Są tylko czyny. Płynne! Do rymu, do taktu. Harce nieokiełznanych nut na powyginanej pięciolinii.


     http://www.youtube.com/watch?v=C-aJB0Ej0As Madonna – Candy Perfume Girl


      Słowo do słowa, podprogowa wymowa…A szukaj, nic nie znajdziesz, bo któż to słyszał by Nico odnaleźć się dało? A bo szukamy wiatru w polu, zagubieni jak dzieci w przedszkolu, jak dzieci we mgle…I tak Nam strasznie źle, gdy nie ma odpowiedzi, gdy brak konkretów godzi Nas w mądrość. Hah, tyle jest opcji, a każda mylna…Zakończenie zaskakuje, jak zawsze, jak nigdy. Czas mnie oszukał! Znowu…cholera. By nie rzec, szpetniej, dosadniej…konkretniej. Ale są takie chwile, momenty jak łza na policzku, gdy i ja robię go w konia…Gdy wiotczeje w moich dłoniach…

       Gdy zamykam usta, gdy zamykam oczy…Słyszę…jak czas pełźnie leniwie… po ścianie. Jak się kąpie w piwnej panie…Ja go kontempluję…Akceptacją go przyjmuję. Hej stary! Witaj w moim domu! W mojej głupiej głowie. Wreszcie w mym małym piekiełku, gdzie tyle jest zgiełku…W mojej wielkiej ciszy, na mej fotografii. W krótkim niemym filmie, w ojczyźnie mych myśli. Goście właśnie wyszli, samotny wędrowcze. Skazany na wieczność. Wiem, masz słabą pamięć, jesteś jak szepczące zdanie, w zapomnieniu skryte.

       Ej…mój wiecznością przeklęty kolego, nie miej mi proszę za złe, że czasem Ciebie zapomnę, że zakryję Cię amarantem… dziobatych przestworzy ze słońcem… co wschodzi w mej Duszy. Z emocjami, co kwitną jak wiśnie wsparte muzyką miłości. Kwintesencja naiwności. A Ciebie to złości, te wiśnie, tej miłości…Bo wtedy stajesz, i nawet Ty…zaczynasz rozmyślać, zepchnięty taki na plan dalszy. Niknący w majestacie mego spokoju, wielkiego jak wielką bywa moja cisza, i słowa, które w niej krążą po pokoju, nad filiżanką mocnej kawy. Hah, jesteś wtedy taki słaby i cherlawy…jak moje oczy w tych innych oczach…

      Ale nie obrażaj się na mnie…mój nieubłagany czasie…Taka jest już kolej rzeczy, że i Tobie chcę zaprzeczyć…Dzięki tym przystankom, uwiecznionym chwilom, sacrum mych emocji, daje Ci wytchnienie. Lżejszym jest Twe brzemię, pot z czoła nie kapie…Siądź na mej kanapie, może skosztuj sobie ciasta? Pozwól trwać tej pięknej chwili…Daj milczeniu złotą przestrzeń. Nie kończ tego też zbyt wcześnie…Cierpliwości mój kolego…Cierpliwości…


      Ze zjeżonym, długim włosem…Podążam za niskim głosem strącając z trawy rosę, w gorący, letni wieczór. Wyrwałem się z miasta, rak już mnie nie toczy, jak obraz proroczy snuję się pod powiekami, zamkniętymi na oścież. Rzeczywistość znów się przewróciła, nawet lustra…Nie odbijają tego, co powinny, odbijają to, co chcą. Są żywe, są piękne. Patrzę na siebie,też jestem zwierciadłem, odbijam, co skradłem, mam skrzydła upadłe, kiedyś byłem aniołem…

     Wciąż mogę latać. I choć loty to koślawe, mam z tego zabawę, gdy znów mijam się z prawem, niczym wytrawne lisy zbywając durne przepisy szyderczym śmiechem co odbija się echem pod kopułami tych zamkniętych powiek…Nie ma nic gorszego niż lustrzany człowiek…Co posiadł skrzydła okiełznawszy wiatr zmian i płomienie emocji, z których się narodził, które teraz sprytnie zwodzi.


      Niski głos, który mnie wiedzie tako teraz rzecze…


       Hah, jakże to nie wierzyć lustrom? Przecież one nigdy nie kłamią. Teoretycznie, bo praktyka bywa różna. W praktyce tak wiele jest przeca różnych przekłamań… Tu i tam, załamuje się światło, gdzieniegdzie nie ma go w ogóle i jest tylko…pustka. Kolory zmieniają się jak w kalejdoskopie. Niepodobna je uchwycić, zapamiętać… Myślisz, że przy takich warunkach to, co widzisz w lustrze jest więc czystą prawdą? Nic bardziej mylnego, nic bardziej złudnego, gdy zmrużysz oczy, gdy już będą prawie zamknięte…Ujrzysz jak lustro się z Ciebie nabija, bezkarnie, swawolnie, jak robi z Ciebie głupka, bawiąc się przy tym zaiste znakomicie…Nie znajdziesz w lustrze faktycznego obrazu rzeczy, zobaczysz w nim tylko to, co chcesz widzieć, i to co lustro rzeczone pokazać Ci zechce. Bo lustra są żywe, i są bardzo złośliwe. Szklane, upadłe anioły tak lubujące się w sztuczkach. Fałszują nawet ciemność, fałszują nawet ciszę. I to wszystko dla zabawy, hecy diabelskiej z rogami na głowie w magicznym słowie.

       Lustra, zwierciadła…to Dusze, spalone piekielnym ogniem. Zakazanym pożarem przemienione w szkło, co kłamie i łudzi tych biednych ludzi, co szukają prawdy jakoby wiatru w polu. Cóż za wysiłek daremny! Im więcej chcesz poznać prawdy w lustrze, tym bardziej się z nią rozminiesz…


       http://www.youtube.com/watch?v=BXDVQzSLBMc Apollo 440 – Something’s Got To Give


      No i widzisz. Tak właśnie to wygląda. Rozmowa o niczym. Rozmowa o niczym z szefem wszystkich szefów. Przez komórkowy telefon z zepsutym głośnikiem i mikrofonem, bez wyświetlacza. Na ruchliwej ulicy, w godzinach szczytu, w zgiełku samochodów, tramwajów. Na samiutkim środku tej ulicy. Śmieję się, jak wariat. Śmieję się, bo nic mnie nie potrąci, ja o tym wiem, to jest zwyczajnie niemożliwe. To co wokół, mnie nie dotyczy, bo rozmawiam, przez ten daleki od ideału, telefon, z szefem wszystkich szefów. To nie takie proste, tak swobodnie i wygodnie konwersować o tym niczym. Wszak rozmowa taka, nicością przesiąknięta niemalże na wskroś, nie może mieć początku, ani końca. Środek jest tu pojęciem abstrakcyjnym. Nasuwa się wniosek, iż rozmowa takowa, jest więc całkowicie niebanalna, nietypowa. Nie da się do niej przyłożyć żadnego szablonu, żadnej akuratnej miary. Linijką nic tu nie zmierzę, nagrać, nic nie nagram, bo w rozmowie tej słowa są wywrócone na lewą stronę niczym niedbale zdjęte ubranie. I jak…cały ten…całą tę nicość ubrać w jakieś w miarę logiczne zdanie?

      Inni ludzie nie mogą mnie zauważyć, bo ja stoję tu zbyt wolno żeby ich szybkie, ponadświetlne dusze mogły mnie zarejestrować. Mogę więc nie niepokojony mówić do słuchawki. Choć nie słyszę w niej żadnego odzewu, żadnej klarownej odpowiedzi, to wiem, że on mnie słyszy. I czuję co odpowiada. Konwersacja jest zdecydowanie biało-czarna, szachownicowa, szachująca nieubłaganą rzeczywistość swoją niezwykłą zmiennością. Bo chwilami jest ostra, geometryczna, kąty proste, kąty ostre, rozwarte. Oczywistość goni oczywistość, jedno wynika z drugiego, bo musi i nie ma innego wyjścia. Wtem następuje zmiana, książka się przewraca, strony szeleszczą w panice i werbalny strumień, co wypada z mej gęby do telefonu pozbawia się rezonu, rozmywa się jak twarze w mokrej od deszczu szybie. I robi się cieplej…i robi się senniej…Staje się płynność w jej najczystszej odmianie, czuję się wtedy jak zachodzące słońce.

      Nieraz siadam sobie, koniecznie po turecku, nogi krzyżuję na znak krzyżujących się ludzkich losów. I tak dumam, na środku ulicy, w letni, słoneczny dzień. Nie pytam, nie krzyczę, bo to gadka o niczym. Takie tam srutututu, cholernie poważne, choć temat sam w sobie winien zdawać się lekkim jak dmuchawiec. Skoro nie ma szans na żadne konkluzje, na żadne wnioski czy twórcze stwierdzenia…To jaki ma sens ta rozmowa o niczym? Chodzi o to, iż tego sensu tu nie ma, i nie będzie. Ta konwersacja jest bzdurą, nierzeczywistą liczbą z wirtualnego śmietnika w moim laptopie…i właśnie przez to, daje nieśmiertelność, daje zaszczyt wykluczenia.

       A może w końcu rozmowa ta, chora, szalona, zacznie być jednak o czymś? Czy mnie to martwi? Nie, mimo wszystko nie. Nieśmiertelność musi być nudna na dłuższą metę, więc z radością pozwolę się zabić pędzącemu życiu. Telefon roztrzaska się o asfalt ulicy, esencja szybko wyparuje niezauważona. Zaiste ironiczne to, że gdy przestanę gadać o niczym, z szefem wszystkich szefów, to nie zostanie ze mnie praktycznie nic. Poza telefonem oczywiście.


      http://www.youtube.com/watch?v=vmOArLdg9d4 Mr. Scruff – Jazz Potato


  • RSS