Czas na luźną zabawę, liryczną wyprawę. Lecz nie zmierzam po sławę, ni po zaszczyty. W cieniu zaszyty pokłony oddaję. Pokłony milczeniu, ciszy bez zdań. Zamaszystym gestem niemal zamiatam podłogę mym nakryciem głowy. Wyraz twarzy mam surowy, lecz i mocno mylący. Może też...intrygujący? Nade wszystko cichy, na pewno cichy... Ja dziś cały jestem w ciszy. Głuchy na wołanie świata, głuchy na bzdurne szczekanie. Chwytam ciszę za jej długie, przeźroczyste, granatowe palce...Zamieniam się w gwiezdny pył rozsiany na nieboskłonie sufitu w moim domie. W moim azylu, hermetycznym, hermetycznie-filozoficznym. Trzymam ciszę tak jak trzeba, niczym chmurę z nieba, delikatnie i z wyczuciem. Dusza rozlewa się po podłodze, zaś cisza wsiąka w me ściany, tak...jestem w niej skąpany...Nareszcie...trzymam siebie w garści. Nieważny, zbędny, jak kupka orzeszków, jak lista cichych grzeszków...Usta mam zaszyte waniliowym milczeniem. Znów jestem ponad ładem tego świata. Znów jestem na suficie, za wysoko...za cicho...Drobne subtelności, niuanse, niebieskawe szanse na wieczność, czarną i ciepłą...przewlekłą...Czas się zatrzymuje, i jestem wiecznością, powiązaną z ciszą, razem z nią kołysząc...W rytmie na dwa, może i na trzy...Oto dym i lustra, oto płomień świeczki. Tańczy... Jak ja, jak moja cisza, cisza bez zdań. Bez nerwowych gestów, drgawek chorej codzienności. Długość dźwięku samotności, noc cichej Miłości... I zapominam, i ewoluuję... Obraz niknie w mroku. Cichnie i tak już delikatny odgłos kroków...Dym nad popielniczką...Smak prawdy jest cierpki, pigułka gorzka jak nigdy. Mimo wszystko słodycz moja oscyluje gdzieś między krzesłami, chowa się pod stołem. Psotnie ucieka, kluczy i zwleka...Z palcem na ustach wabi spojrzeniem. Chętnie dam się sprowokować, kiedyś. Lecz teraz zamykam oczy...Gwiazdy mówią dziś zbyt głośno. Woda drapie słyszeń poematy. Nieobecnym wzrokiem spoglądam w kałużę i gdzieś tam, hen, między pustynią a kurzem, między kropką a przecinkiem, widzę mój horyzont marzeń. Wziętych z sufitu, by nie rzec dosadniej...Mimo wszystko się uśmiecham, wszak niezła to pociecha, ta świadomość sufitowej niemożliwości splecionej z zielono-granatowym absurdem w zamszowych butach...Siedmiomilowych, żeby było śmieszniej...i tak bardziej bajkowo. Pragnę przemierzyć krainy pełne kpiny i drwiny, ale też puenty i morału bez pośpiechu i pomału...Bo najważniejszym jest tempo. Trzeba je zgrać z oddechami ciszy. Czas szyderczo się skrzywi, podróż zakończy zanim się zacznie. Jedno mrugnięcie okiem, może lewym, może prawym...Ot tak ku uciesze, ot tak dla zabawy...Dla kolejnej nocnej...lirycznej wyprawy. W oparach nonsensu tkwiącego na samym dnie mojej mądrej popielniczki...
http://www.youtube.com/watch?v=1qtWt4c0eFk Dj Cam - Romantic Love